Czasami za nisko cenisz swojego psa...

by - czerwca 15, 2019


Kiedy to się wydarzyło miałam mieszane uczucia. Czułam się tak strasznie głupio, że naraziłam Peppę na coś takiego. Z jednej strony cieszyłam się, że jakoś z tego wyszłyśmy, a z drugiej strony - byłam pewna, że gdyby ktoś tworzył ranking najgorszych psich matek, zajęłabym pierwsze miejsce.

I to się czasem zdarza - robimy coś głupiego, a potem żałujemy. Czasami tak dobrze czujemy się w swojej strefie komfortu, że jej nie opuszczamy. Nie zważamy na fakt, że jest tutaj jeszcze ktoś taki jest pies. A te nasze biedne zwierzęta muszą to wszystko znosić, z “duszą na ramieniu”, przy tym udowadniając, że są najlepszymi kompanami, jakimi moglibyście sobie wymarzyć. I tak też było w moim, a raczej naszym, przypadku.

Bo nasze psy są tymi najwspanialszymi, a my (w tym ja - jeszcze tak niedawno) czasem tego nie zauważamy, oddając się naszym mylącym wizjom.

A teraz przejdźmy do historii, która tak naprawdę jest podstawą tego wpisu (mam nadzieję, że przyzwyczailiście się, iż ostatnio jest to must have posta). To wszystko miało miejsce w ubiegłą niedzielę, wieczorem. Tak więc, zgodnie z naszą tradycją - teraz powinny rozbrzmieć się trąby, a Wy powinniście krzyczeć...

A było to tak...

W te upały jesteśmy #ObrożaTeam. 

Postanowiłam wybrać się z Pepinem naszą standardową trasą - od domu, do pobliskiego placu zabaw, który jest dla nas miejscem bardzo luksusowym. Jest tam przystanek, gdzie można usiąść, chroniąc się od tych przeklętych promieni słonecznych i duże boisko, gdzie z racji, że jest to wieś - mało kto przebywa (a jeśli tak - jest to zbuntowana młodzieżówka, namiętnie słuchająca rapu). Daje nam to zielone światło do rozpoczęcia tam porządnego treningu. Tylko ja i pies (plus rodzinka, usadowiona na pobliskim placu zabaw - ale akurat ich towarzystwo raczej mnie nie krępuje, ani mi nie przeszkadza), wśród malowniczych pól. Chociaż w dalszej części tej historii dowiecie się, że nie zawsze te tereny są mi przychylne. Szczególnie, wówczas gdy posadzona jest tam gorczyca...

W końcu do mojej świadomości doszedł komunikat - familia opuszcza plac zabaw i wracają do domu. Fakt, że zaraz po nas wrócą już do mnie nie dotarł - a szkoda. Chociaż tak właściwie, gdyby nie to, prawdopodobnie pisałbym teraz do was o czymś kompletnie innym - a musiałabym się zastanowić, co to by było. A tak temat mam pod nosem, voila!

Nie często miewam przygody, ale kiedy opuszczę swoją małą, wcale nie szkaradną, hobbicią norkę - to umiem się nieźle rozkręcić i wyjść z wszystkiego cało. A może i nawet z niezłym łupem, jak Baggins, który ogarnął sobie całkiem zacny pierścionek. Wydaje się być on całkiem przydatny, skoro na jego temat powstała calutka trylogia (mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję ją przeczytać - może w te wakacje, chociaż raczej wątpię).
Dobra, ale koniec przechwalania się wiedzą o twórczości Tolkiena, gdyż czeka na was jeszcze kilka ważnych fragmentów przygody.


Postanowiłam ruszyć za nimi, chociaż najpierw musiałam zebrać nasz cały ekwipunek psiarza. A jak pewnie wiecie, z własnego doświadczenia - kiedy psiarz weźmie się za trening (i nie weźmie połowy “potrzebnych” rzeczy!), to sprzątnie potrwa dwa razy dłużej niż sesja. I ja nie byłam, nie jestem, w tej dziedzinie wyjątkiem.


Wzięłam się, więc w garść - wiedziałam, że do pokonania mam ponad kilometr do domu, ale największy lęk budził we mnie on.


On, to znaczy - kundel (czasami na tym podwórku jest ich dwa, ale całkiem prawdopodobne, że to moja wybujała wyobraźnia, bowiem na początku spaceru złamałam okulary, a bez nich, jakby to ująć, widzę niego gorzej), sporych gabarytów. Jest wysokości przeciętnej siatki i myślę, że niejeden Janusz (ten typ człowieka, któremu pies jest potrzebny do pilnowania dobytku) pozazdrościłby takiej zdobyczy. Nie dziwcie się, więc że myśl przechodzenia, obok podwórka tego jegomościa wzbudziła we mnie mieszane uczucia.

Wpadłam zatem na pomysł, aby ruszyć do domu okrężną drogą, to znaczy przez pola. Początkowo wydawało się to całkiem proste. Bo ile to przejść przez pole kukurydzy? Ale tutaj pojawił się haczyk - jaki rolnik sadzi kukurydzę na długości, ponad półtorej kilometra wszerz? Szybko, więc zorientowałam się, że nie będzie tak przyjemnie jak mi się wydawało.
Po sielskim przejściu się, przez pole kukurydzy dotarłam na tereny, gdzie zasadzono zwykłą pszenicę (instynkt przyrodnika się we mnie obudził!) - uznałam, że tutaj również nie będzie problemów z przejściem. I tutaj się myliłam.


Przeszłyśmy jakieś dobre dwadzieścia metrów, a potem pojawiła się kolejna przeszkoda - wspomniane wcześniej, pole gorczycy. Ale nie takiej zwykłej, a bardzo dorodnej, wysokiej jak ja - a nawet wyższej (mam prawie 160cm wzrostu). Gospodarz z pewnością jest z niej dumny. A przynajmniej był, dopóki nie wpadłam na pomysł, aby przedrzeć się przez te szatańskie chaszcze - z psem na ramionach. Bo jakby to ująć, no trochę mu podeptałyśmy ziemię. Ale cóż, ja mu jej tam nie kazałam sadzić.



Ale mam coś na swoje usprawiedliwienie - jestem na tyle niskim człowiekiem, że nie miałam pojęcia, że taka rozprawa (przez te szatańskie chaszcze) potrwa większość naszej drogi. W końcu, kiedy stanęłam na podeście, jaki stworzyła Matka Natura - zauważyłam ten maciupeńki szczególik...
Mimo wszystko zadecydowałam, że w sumie - to już niedaleko, że przecież kto da radę, jeśli nie ja. Jeżeli nie my, tak naprawdę. Pewność siebie - super sprawa, o ile nie przeradza się w pychę
W końcu, jednak zaczęły się schody - grunt robił się coraz bardziej bagnistej struktury, a gorczyca zaczęła być coraz gęstsza. Skutkowało to tym, że spadł mi but z nogi (jedne z najnowszych bucików i tych w najlepszym stanie - to były “Najeczki”)- całe szczęście w porę się ogarnęłam. Potem niechybnie udało mi się przewrócić. Owszem, z psem na rękach. Dzięki Bogu nic się nam nie stało i po chwili mogłyśmy kontynuować wyprawę.
Tak - “wyprawę”. Co za poważne określenie!

Kiedyś jednak ta, jakże cierpliwa i poczciwa Natalcia musiała wybuchnąć. Tak też się stało, po dobrych kilkunastu minutach, tej drogi przez mękę.

Sami rozumiecie - gęste chaszcze, mokry grunt pod nogami i doły. Poza tym słaba widoczność i powoli nastawał zmrok. Nie mogłam znieść myśli, że narażam psa na takie nerwy (chociaż sami zobaczycie, co stanie się pod koniec tej historii - osobiście radzę nie przewijać teraz na sam dół opowiadania, ominiecie bowiem dużo istotnych szczegółów). Zwłaszcza, że w tym gąszczu nie miałyśmy za bardzo gdzie zrobić postoju na wodę. Jak Wy byście się czuli, kiedy noszono by was na rękach, równocześnie włócząc się po polach, wpadając w doły i przewracając się. Poza tym, kiedy postanowiłam zrobić postój - położyłam psa na tej gorczycy, a ta okazała się być na tyle spleciona w całość, że Pepin spokojnie na niej “lewitował”. To nie mogło być fajne - przypuszczam, że Peppa nie ma popędów, aby wystartować w kosmos, coby tam trochę polewitować.

Zadzwoniłam po rodziców, którzy - nie zgadniecie... kazali mi się wrócić na plac zabaw, gdzie na mnie czekali!  Aczkolwiek, jak się później okazało była to opcja w miarę korzystna - zwłaszcza, że miałam już udeptaną wcześniej dróżkę, co skutkowało tym, iż droga powrotną zajęła mi dwa razy mniej czasu.
W końcu po tej - wydaje mi się -  godzinie marszu, w takich dość opłakanych warunkach, zobaczyłam moją mamę. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej tak cieszyłam się na jej widok (bez urazy, mamo). I to nie jest podsycane na potrzeby tego wpisu!

To miejsce na sesje... bajka!
Były łzy - nie, nie chodzi o łzy radości. Byłam załamana, że naraziłam psa na takie coś. Niespecjalnie martwiłam się konsekwencjami, zwłaszcza że przez cały czas, kiedy rodzina tak się o mnie martwiła - ja rozmawiałam z moją przyjaciółką (i całkiem miło to wspominam), co uniemożliwiło im kontakt z moją osobą.

Największym zdziwieniem (drugim był fakt, że kiedy wracałam wraz z familią, do hacjendy - ten mutant, który spowodował to całe zamieszanie, wcale się nie pokazał), był dla mnie, jednak fakt, że mój wspaniały pies, ani trochę nie wykazywał zmęczenia, a po tym jak wróciłyśmy do domu - był nadzwyczaj pobudzony i nawet nie pił szczególnie łapczywie.
Pies cudo, po prostu - nigdy bardziej nie czułam tej łączącej nas więzi. Wiedziałam, że to jest ten jedyny pies i żaden inny mi go nie zastąpi. I klepie się - w myślach - po głowie, kiedy śmie w to wątpić.

Wyciągamy wnioski


Pewnie pierwsza myśl, jaka Ci się narzuciła to fakt, że - “kurde, co to za trauma, skoro psu tak właściwie nic się nie stało”. Niby nie, ale wyobraź sobie - jak Ty byś się czuł na miejscu Pepina, gdyby noszono cię (pewnie w całkiem niewygodnych pozycjach - nie wiem, pies mnie o tym nie powiadomił) na rękach, pośród lepiących się, wysokich pnącz gorczycy, przez jakieś półtora kilometra? Z mojej perspektywy było to dość nieprzyjemne przeżycie, ale jakbym była tobą to myślę, że nie do końca bym to odczuwała - to wyższa sfera blogowania, aby w dobry ukazywać uczucia, jakie towarzyszyły Ci w danej chwili.

Dwa - nawet nie wiesz jakie to genialne uczucie, kiedy twój pies przybiega do ciebie, nie okazując cienia zmęczenia, ani jakiegokolwiek żalu, za to co zrobiłeś. On kocha cię takim jakim jesteś (łzy napływają mi do oczu), bez względu na wszystko. To jest piękne, serio.

Nawet nie wiesz jak wtedy serce się raduje, a z drugiej strony myślisz sobie, że wyrządziłeś “tyle złego” temu pieskowi. A on kocha cię mimo wszystko i ponad wszystko.

Tylko Ty nie zawsze jesteś w stanie to zauważyć. Musi stać się coś niekoniecznie ciekawego, abyś w końcu dostrzegł tę bezgraniczną miłość. A przynajmniej tak było w moim przypadku.
Po prostu czasem nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, że taki piesek jest w stanie zrobić to lub tamto. Myślisz, że nie ma szans, a jednak on udowodnia Ci, że jesteś w błędzie.

I tak było w moim przypadku - myślałam, że Pepin traktuje mnie jak zwykłą dziewczynę, która od czasu do czasu wyda mu jakieś, równie męczące polecenie. Ale tego wieczora, kiedy wróciłam do domu, aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy zobaczyłam, że ona traktuje mnie inaczej. Inaczej niż innych, a jak swojego przyjaciela.


I wiesz co? Może ja tu za bardzo słodzę, bo cały internet huczy, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Sądzę, że słyszałeś to już milion razy, ale powtórzę to jeszcze raz. Pies to najlepszy przyjaciel człowieka.
Po prostu twój pies to najlepsze co cię w życiu może spotkać, ale nie zawsze jesteś w stanie dostrzec to od razu. Mówię Ci - prędzej czy później przyznasz mi rację. Tak to już bywa.

Podobne teksty

2 komentarze

  1. Chyba Cię rozgrzeszę, bo ja Fibi ostatnio w plecaku niosłam przez 10 kilometrów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Ty to robisz “zawodowo”! A ja spontanicznie, pies nienauczony. A Fibi jest przyzwyczajona :D

      Poza tym. Czym sobie zasłużyłam na komentarz Dzikości? ;)

      Usuń

Dla każdego internetowego twórcy komentarze są motywacją do dalszego działania, dlatego jeśli chcecie zakomunikować mi, że robię coś dobrze napiszcie mi kilka słów!

Z chęcią przeczytam wasze adnotacje co do tekstu, który (mam nadzieję) wcześniej przeczytaliście. Co o tym myślicie na ten temat?